Historia-wizytówka

Zrzut ekranu 2017-01-28 o 15.15.18

Ludzie nie kupują tego co sprzedajesz. Kupują DLACZEGO?

―Fred Miller

Na biznesowym wybiegu modowym pojawiło się nowe anglojęzyczne słowo-klucz. Storytelling. Przyszła do nas nowa religia. I jak każda religia, storytelling ma swoich neofitów, ewangelistów i proroków. A jeśli ja jestem fałszywy, samozwańczym prorokiem? Nie wiadomo. Nie można dać sobie wmówić. Dzisiaj samozwańczych ekspertów jak psów. Skąd się ten facet wziął? Co go łączy ze storytellingiem? Co go uprawnia? Dlaczego ja mam tego gościa słuchać? Kto wie czy po prostu nie usiadł za biurkiem i cwaniakował sobie: „Storytelling to jest teraz najgorętszy temat, ale teren jest jeszcze nieudeptany. Już wiem. Zostanę ekspertem.” Nie wiadomo. Dlatego wypada się przedstawić. Opowiedzieć skąd się wziąłem. Dzisiaj niezależnie od platformy, którą się posługujesz – czy to jest rozmowa czy strona internetowa – i niezależnie jaką Sprawę sprzedajesz, najważniejsze pytanie brzmi: Jaka jest historia? Jaka jest Twoja historia. Jeśli nie opowiesz swojej historii, ludzie będą sobie opowiadali własne historie. Takie historie bywają podejrzliwe i dlatego jakakolwiek Twoja historia jest lepsza.

O czym opowiadać?

1. Skąd to się u ciebie wzięło? O Twoim pierwszym spotkaniu z tym tematem i co wtedy pomyślałeś – jaka była Twoja pierwsza reakcja. Opowiedz o motywującym momencie. Kiedy pojawiło się Twoje zaangażowanie w temat? Jak zmieniało się Twoje zaangażowanie? Jak to się zaczęło.

Co sprawiło, że zająłem się narracją? Oczywiście przypadek.

To było wiele wiosen temu, kiedy byłem na studiach psychologicznych. Od razu śpieszę z wyjaśnieniem że wcześniej byłem na filozofii i rzuciłem filozofię, bo „jak filozof odpowiada na zadane pytanie, to przestajesz rozumieć o co pytasz” (A. Gide). Poszedłem na psychologię, bo zawsze byłem taki, że „jak psycholog jest na stripteasie, to patrzy na reakcje publiczności”, ale zaraz się okazało, że na psychologii też jest masa ulotnych koncepcji. Na czwartym roku byłem już zdrożony tym ciągłym gadaniem o lęku, temperamencie, osobowości, inteligencji emocjonalnej i dzieleniem włosa na czworo – ten uważa, że są trzy rodzaje temperamentu, inny, że pięć, jeszcze inny, że 11 temperamentów, a ja uważam, że są tylko dwa typy osobowości: ludzie-psy i ludzie-koty, a diagnoza jest prosta: pytasz czy woli psy, czy koty. Są dwie kategorie ludzi: tacy, którzy dzielą ludzi na dwie kategorie i tacy, którzy nie dzielą innych na dwie kategorie. Wiesz o czym mówię? Woda sodowa. Mózg mi się ścinał.

Raz spóźniłem się na fakultet. Otworzyłem drzwi do sali i zobaczyłem studentów z grupy, którzy jak hieny kłębili się przy biurku prowadzącej. „Referaty. Dostanę jakieś ochłapy” – pomyślałem z poczuciem straty. Nie tracąc więcej czasu podszedłem do biurka i przepchałem się, żeby dojrzeć kartki z listą tematów. Studenci licytowali. “Ja chętnie wezmę psychologię narracyjną” – powiedziałem tonem nieznoszącym sprzeciwu, bo zobaczyłem pierwszy wystarczająco dobry i nieobsadzony temat. “Pana nazwisko?” – zapytała prowadząca. „Celmerowski.” „Jak?” „Celmerowski. Tak mam napisane w dowodzie.”

KIedy poszedłem do czytelni i odnalazłem na regale książkę „Narracja jako sposób rozumienia świat” pod redakcją profesora Jerzego Trzebińskiego, stojąc przy regale przeczytałem: “Umysł ludzki rozumie świat w formie narracji.” Fenomenologia – myślałem – filozofia umysłu. O rozpaczy, dlaczego ja? Mój ty smutku,  dlaczego to mi się zawsze przytrafia? O zgrozo, czemu ja zawiniłem? Odłożyłem książkę na regał.

Wówczas zdarzył się logiczny zwrot akcji, który jest podstawą tej historii. Wyjechałem na tygodniowe odosobnienie zen. Zen oznacza siedzenie na podusi. 8 godzin siedzenia na podusi dziennie. Pobudka o 4:45. Z własnej woli pojechałem. Musiałem przemyśleć kilka spraw, z którymi człowiek zmierzyć się nie jest w możności.

Gospodarz świątyni buddyjskiej, nie mogę sobie przypomnieć imienia, mnie oprowadzał. Poszliśmy do dużej sali, gdzie pokazał mi moją miejscówkę. Dostałem swoją matę i twardą poduszką wypełnioną grochem:

– Oddychaj i myśl o hara – i wbił sobie palce w podbrzusze jakby chciał popełnić hara-kiri.

Zaczęła się pierwsza runda siedzenia. Usiadłem na swojej podusi, nogi skrzyżowane. Gapiłem się w podłogę. Oglądam film na swoim wewnętrznym ekranie. 35 najdłuuuuuuższych minut w życiu. Nie wyciągniesz sobie smartfona, musisz dosiedzieć do końca rundy. Myślę: „Skup się na hara”, ale jakby ktoś siedział za mną z pilotem i chaotycznie zmieniał kanały na moim wewnętrznym telewizorze. Albo symuluję w wyobraźni co zrobię i co powiem. „Myśl o hara”. Reżyserują różne sceny, ruchy, sposób mówienia, dialogi. Myślałem, że zaraz polecę nad kukułczym gniazdem.

Pamiętam dokładnie ten moment, zdarzył się trzeciego dnia odosobnienia:

Nagle miałem oświecenie. Połączyły mi się kropki. Neurony strzeliły i szybko jak błyskawica poszybowała myśl: „Wszystko, co się dzieje w mojej głowie to narracje.” Byłem oszołomiony tym odkryciem. Opowiadam sobie w wyobraźni różne historie. To jest mój system operacyjny. To jest ludzki system operacyjny, linia bazowa, język myśli, subiektywność, kod najniższego rzędu, czysta podświadomość. To jest to! Znalazłem to!

Referat wygłaszałem jak groźny neofita z lekkim błyskiem szaleństwa w oczach. Napisałem pracę magisterską z psychologii narracyjnej. O suspensie. Teraz uwielbiam fenomenologię. Fenomenologia to mój konik, moje drugie imię. Pamiętasz „Szósty zmysł”, kiedy ten chłopiec mówił: „Widzę zmarłych ludzi. Są wszędzie i nie wiedzą nawet, że nie żyją.”? Tak się czuję. Widzę narracje. W mojej głowie. Kiedy ktoś się rozkojarzy. Kiedy rozmawiamy i ktoś przez chwilę nie słucha. Kiedy ktoś opowiada skrawkami tej narracji, która rozpościera się na jego wewnętrznym kartezjańskim ekranie w 1000-cu szczegółów.

2. Co Ciebie łączy z tematem? Jakie masz punkty styczne z tematem? Dlaczego mamy Ciebie słuchać? Co Ciebie uprawnia do zabierania głosu w tej sprawie?

Sprawdzają się historie o mentorze, czyli o człowieku, który Ciebie inspiruje do tego, by stawać się lepszym.

Uczyłem robienia prezentacji i miałem problem, ponieważ moi podopieczni ruszali tylko ustami, mrugali oczami, kiedy byli na świeczniku. Natomiast ci sami energooszczędni na środku ludzie, zaraz kiedy szliśmy na przerwę na papierosa opowiadali coś, co zrobiły ich dzieciaki i następowało jakieś cudowne odblokowanie charyzmy. Chciałem więc uczyć ich opowiadać, ale żeby uczyć opowiadać, sam chciałem nauczyć się dobrze opowiadać. Poszedłem na festiwal storytellingowy. Kilkadziesiąt dzieciorów prawdopodobnie z ADHD siedziało w stuporze, jak w katatonii, zupełnie zahipnotyzowane, w czymś, co nazywam „storytellingowy trans”. Festiwal prowadził Michał Malinowski. To mnie zaprowadziło do niego na warsztat storytellingu.

Warsztat odbywał się w teatrze Academia na Starej Pradze w Warszawie, w zagłębiu na ul. 11 listopada. Teatr Academia mieści się w kamiennicy. Idziesz schodami na trzecie piętro, na drzwiach wisi szyld z napisem „Teatr Academia”. Pamiętam jak dziś – pomyślałem z pobłażliwością dla niedostatku: „To musi być jakiś kameralny teatr”. Naciskasz klamkę, wchodzisz, a tu się okazuje, że sufit jest wysoko. Mieszkanie wyżej zostało połączone, sufit wyburzony. Ile metrów kwadratowych miały te mieszkania, nie wiem, może 300. Całe wnętrze teatru wraz z instalacjami jest pomalowane czarną farbą. Nie widać okien – żadnych naturalnych źródeł światła, tylko punktowe reflektory. Człowiek, który nas wpuścił do sali teatralnej wzruszył ramionami i polecił nam:

– Uzbroicie się w cierpliwość. Michał się spóźnia.

Michał zjawił się półtorej godziny później, nieprzejęty, niepomny, ale człowiek o wyglądzie artysty z długimi włosami zatkniętymi za uszy i o jakiejś cudownej gorejącej wręcz, rozbrajającej zupełnie wrażliwości, więc łatwo było go zrozumieć i mu wybaczyć poślizg. Michał stanął przed nami na scenie. Człowiek o łagodnym usposobieniu, ale w świetle reflektorów punktowych wyglądał teraz groźnie:

– Wyciągnijcie karteczki i coś do pisania – powiedział zabójczo grzecznym głosem.

Podniosło mi się ciśnienie na dźwięk tych słów. Ludzie zaczęli grzebać.

– Napiszcie encyklopedyczną definicję opowiadania – ciągnął Michał.

Napisałem na swojej kartce: „Opowiadanie: Bohater+Intencja=Komplikacje”, zadowolony, że tak ekonomicznie. Nie ma historii bez bohatera. Nie ma bohatera bez intencji. Bohater musi czegoś chcieć albo czegoś nie chcieć. A skoro tak, to muszą być komplikacje, przeszkody, perypetie. Bez tego nie ma opowieści.

Przeczytaliśmy po kolei każdy swoje wypociny. Michał natenczas zrobił gest prawą ręką jakby pokazywał dziecku lecący samolot i zaintonował:

– Opowiadanie to jest wehikuł, który zabiera nas, z naszymi oczami i uszami, do innych miejsc. Ale co jest bardzo ważne opowiadacz sam się tam przenosi we własnej wyobraźni – i zabiera nas ze sobą.

To mnie satysfakcjonowało bardzo. Ta definicja była dla mnie satysfakcjonowała. Cokolwiek innego … nie. Ale to tak. Najpierw ty się udajesz do miejsc i zdarzeń z historii. Oglądasz swój film i relacjonujesz co widzisz. A wówczas twój film staje się moim filmem. Trzeba wejść do środka historii. Opowiadać ją sobie samemu. Jeszcze Arystoteles w „Poetyce” miał na ten temat coś do powiedzenia: „Opowiadacz powinien widzieć historię i ją przeżywać, aby odbiorcy zostali w nią wchłonięci”.

3. O tym jak zdecydowałeś się założyć firmę. O tym jak wpadliście na pomysł założenia firmy.

Pracowałem w pewnej firmie szkoleniowej, gdzie musiałem czaić się ze storytellingiem. Kierownik sprzedaży szkoleń – nazwijmy go Piotr – nie zamierzam o nim mówić źle – ale łachmyta wycinał słowo „storytelling” z tytułów moich szkoleń. Było to tak: ja stworzyłem szkolenie „Storytelling dla liderów” i wysłałem Piotrowi, a on odesłał po poprawkach ze zmienionym tytułem: „Komunikacja interpersonalna dla liderów”. W treści maila napisał: „Panie Michale uprościłem, żeby klienci nie czuli się zagubieni”. Otworzyłem plik, wcisnąłem CTRL+F i gorączkowo wpisałem „story”, ENTER. „Brak wyników”. Znasz to uczucie jak przechylasz się na krześle do tyłu, na chwilę tracisz równowagę i już prawie spadasz? Miałem takie samo uderzenie krwi do głowy. Jednak, nie protestowałem. Storytelling to było absolutne novum, a kierownik sprzedaży nie urodził się wczoraj. Przyjąłem to z pokorą i cierpliwością Hioba.

Raz złapałem go na korytarzu i proponowałem (z pewnym naciskiem):

– Panie Piotrze, ja w pełni rozumiem, że pan woli eufemistyczne tytuły szkoleń, ale widzi pan, za oceanem storytelling bije wszelkie rekordy popularności, w Europie Zachodniej zaczyna być głośno, do nas też dolatywały jakieś pierwsze jaskółki, więc rozumie pan, że to już czas, za kilka chwil storytelling na naszym rynku będzie zdobywał zaufanie, dlatego proponuję z naciskiem, żebyśmy byli pierwsi. Wprowadźmy szkolenia ze storytellingiem na polski rynek.

– Panie Michale, klientom nie należy odbierać pewności siebie.

Chciałem, żeby storytelling to był storytelling. Założyłem firmę, która specjalizuje się w storytellingu. Teraz mogę nazywać rzecz po imieniu.

%d bloggers like this: